cookies

Miasto Zgierz - Zgierz w literaturze i muzyce



Program Rodzina 500 plus

Zgierskie Centrum Seniora

Akcja Zima 2016

Budżet Obywatelski

ZCOP

Prezentacja Miasta Zgierza

1_procent

     

     Oferty Inwestycyjne Miasta

     

     Portal gospodarczy

     

PUP_Zgierz

     

     

     ZPORR

A A A

Zgierz w literaturze i muzyce

 

  • Adam Mickiewicz - GOLONO, STRZYŻONO
  • Wanda Chotomska - PRZYGODY JEŻA SPOD MIASTA ZGIERZA
  • Jan Brzechwa - PALI SIĘ!
  • Konstanty Ildefons Gałczyński - SKROMNOŚĆ
  • Edward Stachura - Z WYPOWIEDZI ROZPROSZONYCH
  • Antoni Gabrel - MĄKA MŁYNARZA ZE ZGIERZA
  • piosenka ludowa - MŁYNARZ ZE ZGIERZA
  • piosenka Maryli Rodowicz - ZWIERZ ZE ZGIERZA
  • Karol Szpalski - TEATR DLA MAS
  • Małgorzata Iwanowicz - O FRYZJERZE ZE ZGIERZA

--------------------------------------------------------------

Wykorzystano m. in. pracę konkursową, która zajęła I miejsce w II edycji konkursu internetowego pod honorowym patronatem Prezydenta Miasta Zgierza - "Moje miasto, a w nim..."  w 2001 r.
Autorami tej pracy byli uczniowie klas VI b i c Szkoły Podstawowej Nr 3 im. Dąbrowszczaków w Zgierzu: R. Kubiak. R. Pajor, A. Tomczak, R. Maciak, H. Łuczak, M. Kępińska, I. Malinowska, M. Rutkowska. Opiekunowie: mgr U. Stępniak, mgr inż. E. Bednarek, mgr E. Torbicka.

--------------------------------------------------------------

Adam Mickiewicz - "GOLONO, STRZYŻONO"

U nas, kto jest niby chory,
Zwołuje zaraz doktory;
Lecz czując się bardzo słaby
Prosi chłopa albo baby.
Potrafiają i podagrze,
I chiragrze, i głuchotom,
I słuchom, i głupotom
Radzić. A i u nich wskaże
Nie masz upór lekarstwa.

Mieszkał Mazur blisko Zgierza,
Któremu zginęła suka,
Straż domostwa i spichlerza.
Gdy jej z żalem i kłopotem
W okolicy całej szuka,
Wróciła się tydzień potem.
Ledwie poznał, że to ona:
Bo była wpół ogolona.

"O zbóje ! Żeby ją skryli,
Używają takich figli,
Że biedaczkę wygolili !"
"Powiedz raczej, że ostrzygli -
Robi mu uwagę żona -
Bo psów nie golą, lecz strzygą".
"A no patrzajcież no mi go -
Odpowie Mazur z przekąsem -
Jakaś ty mi dyć uczona!
Mając gołe jak pięść lice,
Chcesz nauczać nas pod wąsem,
Co jest brzytwa, co nożyce?
Przecież dobrze, suko miła,
Że tu jest, choć ogolona".

"I jam rada, że wróciła -
Odpowiada na to żona -
Choć wróciła ostrzyżona".

"A nasz pan, co mu łysina
Przyświeca się jak ta psina!
Myślisz, że jest postrzyżona?..."

"A wąsiki ekonoma -
Odpowiada zaraz żona -
Co mu wiszą jak u soma,
A błyszczą jak namaszczone,
Sąć golone czy strzyżone?"

"Bierz-ci licho tego soma
I pana, i ekonoma -
Doświadczony Mazur rzecze -
Dobrze, że suka jest doma,
Choć tak szpetnie ogolona".
Prawdę mówisz, mój człowiecze,
Toć i jam się ucieszyła -
Odpowiada zaraz żona -
Że się suka powróciła,
Choć tak szpetnie ostrzyżona".
"Głupiaś z twymi nożycami!"
"I ty z twoimi brzytwami!..."
"Że golona, przypatrzże się!"
"Że strzyżona, pokaż się:
A dyć to nierówne cięcie,
Co jak kosa trawę siecze".
"A dyć to w skórę zarznięcie,
Jak doktorskie, aż krew ciecze".

Tak się kłócą mąż i żona;
Miasto Zgierz całe się zbiega,
A krzyk wkoło się rozlega:
"Ogolona ! Ostrzyżona!"

Idzie sąsiad: "Niechaj przyjdzie,
Niech się wpatrzy i przekona".
Jedzie Żyd: "Podejdź no, Żydzie,
Czy golona, czy strzyżona?"

Od Żyda aż do plebana,
Od plebana aż do pana,
Sprawa zapieczętowana;
Co sąsiad i Żyd dowodził,
Na to się ksiądz i pan zgodził:
Że wygrała męska strona,
Że suka jest ogolona.

Wracają do domu strony.
Po drodze chłop pyta żony:
Czy wyroku treść pamięta?
Ona milczy jak zaklęta.
U progu suka ich wita;
"Pódź tu, moja ogolona!"
Woła mąż. A zaś kobieta:
"Pódź tu, moja ostrzyżona!"

Mazur wściekł się, już nie gada
Ani żonie odpowiada,
Tylko wziąwszy pod rękawki
Wlecze ją wprost do sadzawki
I topi ją jak kadź ogórków.

Ona, nienawykła nurków,
Już się zachłysnęła nieraz;
On, trzymając za ramiona,
Gnębi krzycząc: "A no teraz;
Czy golona, czy strzyżona?"

Biedaczka, ze śmiercią w walce,
Czując skonu paraliże,
Wytknęła tylko dwa palce
I na odpowiedź palcami,
Jakby dwiema nożycami,
Mężowi pod nosem strzyże.

Na ten widok uciekł z wody.
Ona poszła do gospody,
On się puścił aż do Zgierza
I tam przystał za żołnierza.

--------------------------------------------------------------

Wanda Chotomska - "PRZYGODY JEŻA SPOD MIASTA ZGIERZA"

Był sobie jeż kolczasty,
co czesał się na jeża
I mieszkał pod jeżyną
w pobliżu miasta Zgierza.
Ponieważ w okolicy
nie było żadnych jeży,
jeż nie miał się z kim bawić
i nie miał komu zwierzyć.
Więc chodził najeżony,
strapiony i markotny
i mówił sam do siebie:

- Ja nie chcę być samotny!
Co mi z tego,
że wokoło są jeżyny?
Wszak jeżyny
nie zastąpią mi rodziny.

Chcę mieć krewnych
i znajomych całe grono,
chcę na spacer
chodzić z żoną najeżoną.

Chcę mieć stryjka,
żebym sobie mógł ze stryjkiem
zagrać w szachy
albo chociaż w loteryjkę.

Chcę mieć kilka
zacnych ciotek, żeby ciotki
zapraszały mnie
na plotki i szarlotki.

Nie chcę siedzieć
sam, jak palec, nad obiadkiem,
chcę do stołu
siadać zawsze z dziadkiem.

Choć tu wcale
nie ma jeżów, ja w to wierzę,
że gdzie indziej
są na świecie inne jeże!

Muszę znaleźć
swą rodzinę, więc zamierzam
jeszcze dzisiaj
na piechotę iść do Zgierza,

by w urzędzie
meldunkowym się upewnić,
czy w tym Zgierzu
nie mieszkają moi krewni...

Chociaż Zgierz w pobliżu leżał,
długo trwała podróż jeża.
Chociaż nóżek miał dwie pary,
chociaż wcale nie był stary
i jak mógł przyspieszał kroku,
szedł od rana aż do zmroku.
Gdy do Zgierza przyszedł wreszcie,
to już wszyscy spali w mieście.

W świetle latarń i księżyca
jeż wędrował po ulicach,
błądził okiem po wystawach,
koło różnych sklepów stawał,
chodził, chodził ulicami,
aż sklep ujrzał ze szczotkami
i wykrzyknął widząc szczotki:

- To na pewno moje ciotki!
Jak to dobrze,
że znalazłem
wreszcie ciocie
i nie jedną,
tylko ciotek
całe krocie!

Może trzysta,
może pięćset,
może dwieście,
tyle ciotek
nie ma żadne
dziecko w mieście.

Gdy pomyślę,
że te miłe,
zacne ciotki
będą piekły mi
biszkopty
i szarlotki -
to o ile siebie znam,
tyle razy mnia - mnia - mniam
będę mówił, że nie zliczę chyba sam!

Teraz późno -
wszystkie ciocie
śpią już słodko.
Nie chcę pukać
i kłopotu
sprawiać ciotkom.

Przyjdę do nich
w odwiedziny
jutro rano,
gdy się wyśpią
moje ciocie
i gdy wstaną.

Jeż uczesał się na jeża
i tak zrobił, jak zamierzał -
o dziewiątej z minutami
wszedł do sklepu ze szczotkami
i do najeżonych szczotek
rzekł serdecznie:

- Ciocie złote!
Rzeszo ciotek najeżona,
zaraz padnę wam w ramiona!
Co za radość dla sierotki,
gdy sierotka znajdzie ciotki!
Po tych słowach w stronę półek
ruszył śląc spojrzenia czułe.
Szczotki najpierw oniemiały,
potem z półek pospadały
i krzyknęły pełne trwogi:
- Boże drogi!
On ma nogi!
Czyżby to był
nasz siostrzeniec?
Ten czworonóg?
Ten odmieniec?
Czy ta postać
tajemnicza
też do szczotek
się zalicza?
Gdzie się takie
szczotki rodzą,
co na własnych
nogach chodzą?

Jeż chciał krzyknąć, że jest jeżem,
lecz nie zdążył, bo w tej chwili
dwaj panowie, przez pomyłkę,
zamiast szczotki go kupili...
Wzięli jeża do kieszeni
i zanieśli do mieszkania
bardzo radzi, że kupili
nową szczotkę do ubrania.
Wyciągnęli stos odzieży
z wszystkich schowków w całym domu,
z trzech walizek, z pięciu kufrów,
z jednej szafy i z dwóch komód -
kamizelki, marynarki,
kapelusze, płaszcze, spodnie
i nad stertą garderoby
oświadczyli obaj zgodnie:

- Nową szczotką wyczyścimy
zaraz spodnie,
bośmy spodni nie czyścili
Dwa tygodnie!

Oprócz spodni wyczyścimy
również płaszcze -
płaszcze lubią, jak się płaszcze
szczotką głaszcze.
Oczyścimy zakurzone
kapelusze,
garnitury, dwa szlafroki
i kożuszek,
kamizelki, marynarki,
kilka wdzianek,
swetry, getry
i pluszową otomanę!

Jeż przeraził się okropnie,
gdy usłyszał te zwierzenia,
I powiedział sam do siebie:

- Nie ma chwili do stracenia!
Swetry, getry,
kilka wdzianek
to po prostu niesłychane -
zamiast szczotki
chcą w tym domu użyć jeża!

Kamizelki, marynarki,
czuję w krzyżu
zimne ciarki -
w roli szczotki -
występować nie zamierzam!

Więc uciekać
prędko muszę,
bo czekają mnie katusze,
garnitury, kapelusze
i kołnierze!
To pomyłka,
proszę panów,
nic nie wyjdzie z waszych planów -
ja nie jestem
żadną szczotką, tylko jeżem!

Jak wiadomo - jeż nikomu
nie zastąpi szczotki w domu,
więc panowie bez wahania
wypuścili go z mieszkania...

Na ulicy padał właśnie
deszcz rzęsisty i ulewny,
więc jeż także się rozpłakał:

- Ja chcę wreszcie znaleźć krewnych!
Nie chcę moknąć na tym deszczu,
nie chcę widzieć żadnej rynny,
ja chcę wreszcie mieć rodzinę
i gościnny dom rodzinny!

Chcę mieć dziadka, chcę mieć babcię,
nie chcę patrzeć na kałuże,
chcę założyć suche kapcie
i nie moczyć się już dłużej.

Nie wiem, skąd się w jednej chmurze
tyle litrów wody bierze!
I to wszystko leci na mnie -
ja nie jestem wodomierzem!

Muszę wejść pod jakiś krzaczek,
bo inaczej się rozpłynę
i już nigdy się nie dowiem,
czy w tym Zgierzu mam rodzinę...

Choć jeż w berka się nie bawił,
pobiegł, jak się biegnie w berku -
bardzo prędko - i za chwilę
znalazł się na miejskim skwerku.

Przemoczony, zapłakany
wszedł pod pierwszy lepszy krzaczek
i usłyszał cienki głosik:

- Taki duży jeż i - płacze?!
- Kto to mówi? - jeż zapytał.
- Twój kuzynek - jeż ze Zgierza.
- Znowu płaczesz?...
- To ze szczęścia,
że spotkałem wreszcie jeża!

Ja się także popłakałam,
bowiem byłam też wzruszona,
kiedy jeż kuzyna spotkał
i jeżowi padł w ramiona.

Całowali się, ściskali
chyba dobre pół godziny,
po czym jeż z kuzynem poszedł
w odwiedziny do rodziny.

Nie musieli iść daleko -
okazało się, że jeże,
wszystkie jeże z miasta Zgierza,
osiedliły się na skwerze.

Krewni oraz ich znajomi
byli jeżem zachwyceni -
każda z mam marzyła o tym,
by z jej córką się ożenił.

Po niecałych dwóch miesiącach
wyswatali go nareszcie
z panną ślicznie najeżoną,
najpiękniejszą w całym mieście.

Jeż do lasu wrócił z żoną,
lecz tak tęsknił za rodziną,
że zaprosił wszystkich krewnych
na wakacje pod jeżyną.

Odtąd nigdy się nie smucił,
nie był smętny i markotny,
wciąż się cieszył:

- Jak to dobrze,
że nie jestem już samotny!
Jak to miło
mieszkać w domku pod jeżyną
razem z żoną najeżoną
i rodziną!

Jak to dobrze
mieć urocze zacne ciotki,
które pieką pyszne torty
i szarlotki!

Jak przyjemnie
siedzieć sobie nad obiadkiem
i gawędzić z najeżonym
siwym dziadkiem!

Jak wesoło
razem z teściem i ze stryjkiem
grać w tysiąca i w fantową
Loteryjkę!

Sam się dziwię,
jak szczęśliwie życie płynie
pod jeżyną najeżoną
przy rodzinie!

--------------------------------------------------------------

Jan Brzechwa - "PALI SIĘ!"

Leciała mucha z Łodzi do Zgierza,
Po drodze patrzy: strażacka wieża,
Na wieży strażak zasnął i chrapie,
W dole pod wieżą gapią się gapie.

Mucha strażaka ugryzła srodze,
Podskoczył strażak na jednej nodze,
Spogląda - gapie w dole zebrali się,
Wokoło rozejrzał się - o, rety! Pali się!

Pożar widoczny, tak jak na dłoni!
Złapał za sznurek, na alarm dzwoni:
- Pożar, panowie ! Wstawać, panowie!
Dom się zapalił na Julianowie!
Z łóżek strażacy szybko zerwali się -

Pali się!  Pali się!!  Pali się!!!  Pali się!!!!

Fryzjer zobaczył łunę z oddali:
- Co to się pali ? Gdzie to się pali?
Na Sienkiewicza? Na Kołłątaja?
Czy też w Alei Pierwszego Maja?
Może spółdzielnia? Może piekarnia?

Łuna już całe niebo ogarnia.
Wstali strażacy, szybko ubrali się.

Pali się!  Pali się!!  Pali się!!!  Pali się!!!!

Wyszli na balkon sędzia z sędziną,
Doktor, choć mocno spał pod pierzyną,
Wybiegł i patrzy z poważną miną.
Z okna wychylił głowę mierniczy,
A już profesor z przeciwka krzyczy:

- Obywatele ! Wiadra przynieście!
Wszyscy na rynek! Pali się w mieście,
Dom cały w ogniu, zaraz zawali się!

Pali się!  Pali się!!  Pali się!!!  Pali się!!!!

Biegną już ludzie z szybkością wielką:
Więc nauczyciel z nauczycielką,
Fryzjer, sekretarz, telegrafista,
No i milicjant, rzecz oczywista.

Straż jest gotowa w ciągu minuty.
Konia prowadzą - koń nie podkuty!
Trzeba zawołać szybko kowala,
Pożar na dobre się już rozpala!

Prędzej! Gdzie kowal?! To nie zabawka!
Dawać sikawkę! Gdzie jest sikawka?!
Z pampą zepsutą niełatwa sprawa.
Woda do beczki ! Beczka dziurawa!
Trudno, to każdej beczce się zdarza.
Który tam?! Prędzej, dawać bednarza!
Zbierać siekiery, haki i liny!
Pali się w mieście już od godziny!

Pali się!  Pali się!!  Pali się!!!  Pali się!!!!

- Co to się pali ? Gdzie się to pali?
Teren zbadali, ludzi spytali
I pojechali dalej galopem.

- Gdzie to się pali? Może to tam?
Jadą i trąbią: tram - tra - ta - tam!
Jadą Nawrotem, Rybną, Browarną,
A na Browarnej od dymu czarno,
Wszyscy czekają na straż pożarną.
Więc na Browarnej się zatrzymali:

- Gdzie się to pali?
- Tutaj się pali!

Z całej ulicy ludzie zebrali się.

Pali się!  Pali się!!  Pali się!!!  Pali się!!!!

Biegną strażacy, rzucają liny,
Tymi linami ciągną drabiny,
Włażą do góry, pną się na mury,
Tną siekierami, aż lecą wióry !
Czterech strażaków staje przy pompie -
Zaraz się ogień w wodzie ukąpie.
To nie przelewki, to nie zabawki!
Tryska strumieniem woda z sikawki,
Syczą płomienie, syczą i mokną,
Tryska strumieniem woda przez okno,
Już do komina sięga drabina,
Z okna na ziemię leci pierzyna, 
Za nią poduszki, szafa, komoda,
W każdej szufladzie komody - woda.

Kot jest na strychu, w trwodze się miota,
Biegną strażacy ratować kota.
Włażą do góry, pną się na mury,
Tną siekierami, aż lecą wióry,
Na dół spadają kosze, tobołki,
Stołki fikają z okien koziołki,
Jeszcze dwa łóżka, jeszcze dwie ławki,
A tam leje się woda z sikawki,

Tak pracowali dzielni strażacy,
Że ich zalewał pot podczas pracy:
Jeden z drabiny przy tym się zerwał
Drugi czuprynę sobie osmalił,
Trzeci, na dachu tkwią niewygodnie,
Zawisł na gwoździu rozdarł spodnie,
A ci przy pompie w żałosnym stanie
Wzdychali: "Pomóż, święty Florianie!"

Tak pracowali, że już po, chwili
Pożar stłumili i ugasili.
Jeszcze dymiące gdzieniegdzie głownie,
Pozalewali w kwadrans dosłownie,
Jeszcze sprawdzili wszystkie kominy,
Zdjęli drabiny, haki i liny,
Jeszcze postali sobie troszeczkę,
Załadowali pompę na beczkę,
Z ludźmi odbyli krótką rozmowę,
Wreszcie krzyknęli:

- Odjazd! Gotowe!

Jadą z powrotem, jadą z turkotem,
Jadą Browarną, Rybną, Nawrotem,
Jadą i trąbią: tram - tra - ta - tam!
Ludzie po drodze gapią się z bram,
śmieją się do nich dziewczęta z okien
I każdy dumny spogląda okiem:

- Rzadko bywają strażacy tacy,
Tacy strażacy -to są strażacy,
Takich strażaków potrzeba nam!

Tram - tra - ta - tam!
Tram - tra - ta - tam!

Mucha wracała właśnie do Łodzi;
Strażak kichnął. Nie szkodzi.
Inni strażacy po ciężkiej pracy
Myją się, czyszczą - jak to strażacy.
Koń w stajni grzebie nową podkowę,
A beczka błyszczy obręczą nową.
Mucha spojrzał i odleciała -
Tak się skończyła historia cała.

--------------------------------------------------------------

Konstanty Ildefons Gałczyński - "SKROMNOŚĆ"

Na pocztę główną w Warszawie
Przyszedł list strasznie pomięty,
z adresem brzmiącym ciekawie:
DO NAJLEPSZEGO POETY.

Nazwiska ani ulicy
nadawca nie podał wcale,
więc naradzali się wszyscy,
co z fantem tym począć dalej.

Żeby nie wyszła gaffa,
list odesłali do Staffa.

Staff oddał go Tuwimowi,
a Tuwim na to tak powi:

"To nie ja. A wy się boczcie".
I list znów leżał na poczcie.

Żeby więc skończyć z kłopotem,
kierownik poczty rad nierad
wziął w rękę swe pióro złote
i dał do gazety inserat,

że "list jest taki i taki,
więc się zgłaszajcie chłopaki".

Taaak.

I teraz wciąż się ktoś zgłasza,
i problem wciąż się rozszerza.
I stoi kolejka straszna
na długość jak stąd do Zgierza.

--------------------------------------------------------------

Edward Stachura - "Z WYPOWIEDZI ROZPROSZONYCH"

" ...gdzie się szukać, to znaczy jak doprowadzić
do tego, żeby stanęli naprzeciw siebie; wtedy
już by się można, myślę, rozpoznać łatwo, ale
doprowadzić tych ludzi do jednego miejsca,
o jednym czasie, ludzi sobie nieznajomych, ale
tej samej konstelacji, i myślę sobie paląc
papierosa i siedząc na ławce na pętli tramwaju
nr 45 w Zgierzu, myślę sobie, że to miejsce to
by mogło być jednym z takich miejsc zbornych"

--------------------------------------------------------------

Antoni Gabrel - "MĄKA MŁYNARZA ZE ZGIERZA"
Antoni Gabrel to kapłan Towarzystwa Salezjańskiego (SDB). Od Adwentu 1999 r. do września 2000 r. był duszpasterzem Domu Opieki Społecznej na Chełmach w Zgierzu.

W okresie tym powstały wiersze i kazania, które Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza wydała w 2001 r. w tomie "Mąka Młynarza ze Zgierza". Niektóre kazania ksiądz Gabrel poświęcił naszemu miastu, a zwłaszcza Domowi Opieki Społecznej na Chełmach.

--------------------------------------------------------------

Piosenka ludowa pt. "MŁYNARZ ZE ZGIERZA"

Cztery córki miał tata,
stary młynarz ze Zgierza,
każda piękna bogata,
każda chciała żołnierza.

Stary młynarz kawalarz,
takie wydał orędzie:
"Która chce mieć żołnierza,
niech go sama zdobędzie".

Więc najstarsza z nich wszystkich,
modrooka Ludwika,
podskoczyła do góry
i złapała lotnika.

Druga z córek młynarza,
Krysia piękna i miła,
poszła z siecią nad morze,
marynarza złowiła.

Najbystrzejsza zaś Hanka,
wzięła owsa i sianka,
i zwabiła kasztanka, 
a z kasztankiem ułana.

A najmłodsza zaś Zosia,
jakoś szczęścia nie miała,
stała sobie na mostku
i cichutko płakała.

I szeptała w rozpaczy:
"Niechaj śmierć mnie zabiera".
I skoczyła do wody
wprost w ramiona sapera.

Idą córy do młyna,
każda wiedzie żołnierza,
ze zdumienia oniemiał,
stary młynarz ze Zgierza.

Lotnik, ułan, marynarz,
no i saper to heca,
jak się wnuki posypią,
będzie sławna forteca.

--------------------------------------------------------------

Piosenka Maryli  Rodowicz z albumu "Był sobie król..." pt. "ZWIERZ ZE ZGIERZA"
muz. A. Kleszczewski, sł. J. Wołek

Raz pewna dama, mieszkanka Zgierza
Będąc w Afryce nabyła zwierza
Och, jaki dziwny, ach jaki śliczny!
Ozdobi ogród zoologiczny.

Ref.
Zwierz to niezwykły, zwierz osobliwy
Z wyglądu groźny, a dobrotliwy
Ma dwa ogony, kanciastą głowę
A w niej otwory, cztery gębowe!
Chodzi na smyczy, nie robi wrzasku
Podaje łapę, siusia do piasku
Żywi się gumą i coca-colą
Więc mówiąc krótko:
Niezły dziwoląg.

Kiedy wróciła dama do Zgierza
Czterej fachowcy zbadali zwierza
Po czym stwierdzili: "Coś pani plecie!
Takiego zwierza nie ma na świecie!"

Ref.
On jest niezwykły, jest osobliwy!
Z wyglądu groźny, a dobrotliwy
Ma dwa ogony, kanciastą głowę
A w niej otwory, cztery gębowe!
Chodzi na smyczy, nie robi wrzasku
Podaje łapę, siusia do piasku
Żywi się gumą i coca-colą
On nie istnieje
to jest dziwoląg!

A na to dama, mieszkanka Zgierza
Wzięła na smyczkę swojego zwierza.
Możecie spotkać ich na spacerze
Gdy drepczą Zgierzem, dama ze zwierzem.

Ref.
Zwierz jest niezwykły, jest osobliwy
Z wyglądu groźny, a dobrotliwy
Ma dwa ogony, kanciastą głowę
A w niej otwory, cztery gębowe!
Chodzi na smyczy, nie robi wrzasku
Podaje łapę, siusia do piasku
Żywi się gumą i coca-colą
i trzeba przyznać,
że to dziwoląg!

--------------------------------------------------------------

Karol Szpalski - "TEATR DLA MAS"

Chciałbym wreszcie widzieć raz,
Gdzie tu teatr jest dla mas.

Byłem w Łodzi. Byłem w Gdyni.
W Bielsku, Zgierzu i Małkini.
Miesiąc zgasł jak z bicz trzasł.
Gdzie tu teatr jest dla mas!

W Łodzi nie ma. Nie ma w Gdyni.
Nie ma w Bielsku i Małkini.
Chociaż wszędzie krzyczą: czas,
Żeby teatr był dla mas.

Aż ktoś rzekł mi: szukaj. Trafisz.
Patrzę: miasto: W mieście afisz.
Teatr. Szekspir. Aktor - as.
To w sam raz jest coś dla mas.

Wchodzę. Patrzę. Owszem - kasa.
A przy kasie ludzi masa.
Myślę: dobrzem trafił raz,
Ludzi masa. Więc dla mas.

Tłok, aż miło. Każdy pcha się,
Więc z innymi pcham i ja się.
Żebra, głowa, nogi w prasie,
Ale jestem już przy kasie.

Zza okienka ślicznie zerka
Utleniona ob. kasjerka.
Mówię grzecznie: proszę raz
Bilet wstępu. Ten dla mas.

Bilet leży. Biorę bilet.
Potem skromnie pytam: ile!
- Dwieście złotych. Szósty rząd.
- Zwracam bilet. Pardon. Błąd.
No, a może któryś z was
Wie, gdzie teatr jest dla mas.

Dzięki uprzejmości pani Bożeny Walickiej, która wiersz znalazła w "Przekroju" nr 87, 8-14 grudnia 1946 r. i do nas przesłała.


Poprzednia strona: Zbiory Muzeum Miasta Zgierza (literatura o Zgierzu i powiecie)
Następna strona: Ciekawostki o mieście

Print this page